Kultura, rozrywka, hobby | www.cooltural.pl
Oczyma tęsknoty, czyli

Oczyma tęsknoty, czyli "Na srebrnym globie" Jerzego Żuławskiego

"Na srebrnym globie" rozpoczyna trójczłonowy cykl powieściowy Jerzego Żuławskiego. Co sprawia, że ta fenomenalna książka po blisko stu dwudziestu latach od momentu ukazania się nadal przemawia do ludzkich serc?

Powieść rozpoczynającą księżycową trylogię Jerzego Żuławskiego mogłoby poprzedzać motto zaczerpnięte z Pana Tadeusza:

          Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie,
          Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
          Kto cię stracił...
 

gdyby nie trywializowało ono i nie umniejszało w pewnym sensie przedsięwziętej przez pięcioro powieściowych śmiałków wyprawy kosmicznej. W przeważającej bowiem części jest to wzruszający pean na cześć Ziemi, raz na zawsze przez nich utraconej. Dopiero mordercza przeprawa przez lunarne pustynie, swoją martwotą w niczym nieprzypominające ziemskich krajobrazów, uprzytamnia kosmonautom niebywałe piękno ojczystej planety. Po upływie zaledwie kilku tygodni od chwili karkołomnego lądowania, które jeden z uczestników ekspedycji przypłacił życiem, załogę opadają wątpliwości związane z sensem całego przedsięwzięcia. Szczytna żądza poznania okazuje się w drakońskich warunkach księżycowego globu pobudką niewystarczającą, a nawet śmieszną. Znamienne pod tym względem są słowa narratora, diarysty upamiętniającego na kartach dziennika kolejne etapy kosmicznej odysei: „Niekiedy doznaję uczucia, jak gdybym spał na jawie. Widzę Martę, Tomasza, psy, Piotra, piec — i nie wiem zupełnie, co to znaczy, nie wiem, kto ja jestem, skąd się tu wziąłem, po co…”. Kilkadziesiąt stron dalej opowiadający wypowiada się już z niczym nieskrywaną ironią o tej feralnej tęsknocie, która zawiodła go setki tysięcy kilometrów od macierzystego świata i kazała mu błądzić po ciągnących się w nieskończoność, upiornych bezdrożach. Egzystencja bohaterów rozciągnięta jest między dwoma biegunami: bezpowrotną przeszłością oraz niepewną przyszłością. Wspomnienia stają się dla uczestników wyprawy swego rodzaju azylem, w którym można się schronić przed przerażającą dookolną pustką. Perspektywa zaś znalezienia korzystnych warunków do życia po drugiej stronie księżycowego globu nie pozwala im upaść na duchu i pomaga znosić trudy podróży. W związku z takim egzystencjalnym zawieszeniem na myśl przychodzą słowa Emila Ciorana, który pisał: „Dobro albo było, albo będzie, ale nigdy nie jest”.

Istotnie, nawet już po osiągnięciu zamierzonego celu, jakim było dotarcie do bieguna północnego, gdzie rzeczywiście nie brakowało ani wody, ani niezbędnego do życia powietrza, pozostali przy życiu kosmonauci stanęli w obliczu kolejnych, równie ekstremalnych wyzwań. Zresztą problemów nie nastręczały jedynie nowe, nietknięte jeszcze stopą ludzką ziemie, ale przede wszystkim — zakorzenione w naturze ludzkiej namiętności. Zaiste niecodzienna sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie, stanowi znakomity temat literacki, z powodzeniem przez Żuławskiego zrealizowany: w jakim kierunku rozwinęłyby się wewnętrzne relacje garstki osób wydanych na pastwę bezbrzeżnej samotności? Temat tym bardziej frapujący, że w tym szczupłym gronie jest tylko jedna kobieta... By nie zdradzać szczegółów, nadmienię tylko, że losy powieściowych bohaterów dalekie są od idyllicznej sielanki.

Na srebrnym globie Jerzego Żuławskiego nadaje się idealnie do zilustrowania tezy postawionej przez Nietzschego, w myśl której fundamentalną funkcją sztuki jest potęgowanie żądzy istnienia („sztuka ... jest wielkim stimulans życia”). Ziemia ujrzana oczami przepadłego na wieki w międzygwieździstych przestworzach astronauty ukazuje swoje zjawiskowe piękno, niedostrzegane na co dzień przez zamieszkujących ją ludzi. Załamana w pryzmacie straszliwych lunarnych krajobrazów, „męczących ludzkie oko ponad wszelki wyraz”, jawi się jako prawdziwy raj.

Jaką korzyść odnosi z tego czytelnik? Niebagatelną. Spoglądając na swoje naturalne otoczenie oczyma zagubionego w kosmosie Jana (jak ma na imię pierwszoosobowy narrator) skłonny jest w większym stopniu doceniać jego swojskość, jego — by tak rzec — przystawalność do ludzkich władz poznawczych. Bijąca z kart diariusza tęsknota za Ziemią staje się dla czytelnika asumptem do uczestnictwa w roztętnionym dookoła niego życiu, maluje mu to życie w jasnych barwach. Wiedząc, że wartość określonego dobra ujawnia się w całej wyrazistości dopiero wówczas, gdy to dobro utracimy, Żuławski usuwa czytelnikowi pewny ziemski grunt spod nóg i posyła go w niemą i martwą przestrzeń kosmiczną, by stamtąd w oparach nostalgii kontemplować mógł piękno swojej macierzystej planety.

tekst: M. W.

Komentarze